środa, 4 listopada 2015

04.11.2015

Hej kochani. Nowa poduszka juz jest zrobiona:)  nameczylam sie przy niej troche. Koraliki sa zwykle zamowione z allegro, nic szczegolnego. Teraz czas na jakies ozdoby swiateczne:)  zapraszam do wczesniejszych postow :)






niedziela, 25 października 2015

25.10.2015

Hej kochani. Coraz wiecej was na moim blogu, ciesze sie czytajac wasze komentarze ktore sa bardzo mile. Kazdemu podobaja sie poduszki. No przyznam sie ze duzo pracy nad kazda spedzilam i duzo koralikow na nie poszlo. Bedzie nastepny post wlasnie o nich cos wiecej. :) a teraz nowa poduszka jest w trakcie pracy. Musialam niestety od nowa robic bo mojemu psiakowi sie spodobala i podryzl znaczy rozprul. Czekam na jakies propozycje co moge dalej robic jak skacze ta poduszke. Zapraszam do wczesniejszych postow i oczywiscie do czestszych wejsc. Pozdrawiam moich czytelnikow:*




                     

piątek, 9 października 2015

9.10.2015

Hej kochani. 
Następna poduszka w trakcie pracy :) 
Zapraszam do obejrzenia wcześniejszych postów :)





piątek, 2 października 2015

czwartek, 1 października 2015

1 październik - Rozdział VIII

Hej kochani:) 
A o to następny rozdział, teraz będą częściej :)
Zapraszam do czytania 





Tydzień po zakończeniu byłam z Bratkiem w nowym sklepie jubilerskim. Mama i jego ciocia akurat miały w  tym samym czasie urodziny wiec postanowiłyśmy coś kupić. Po zakupieniu prezentów, poszliśmy na duże lody widmo ze truskawkowe. Ulubione.
- Dobrze się czujesz?-spytał
- Dobrze ? czy to znaczy , ze wyglądam na wyspana i zmartwiona-odparłam
Uśmiechnął się do mnie . Miał dużo w sobie cierpliwości na takich jak ja
- pewnie jestem najgorsza osoba jaka tu poznałeś?
- w jakim sensie najgorsza?- Bartek wyglądał na zaskoczonego.
Pokręcił głowa
-nieważne-odparłam
 -Bez względu na to jaka jest twoja definicja słowa,, najgorsza'' na pewno nie jesteś. dużo ci brakuje.
Skręciło mnie, zaczęłam się śmiać. Później przyszło mi do głowy ze on jest gorszy odemnie i większości ludzi.
- jesteś bardzo miła, polubiłem cie bo w końcu się zmieniłaś- odparł
-wiem dobrze ze jesteś- oparłam głowę o jego umięśnione ramie.
- a tak szczerze nie jesteś mi obojętna
Mój oddech zrobił się płytki miałam wrażenie ze znowu stanie se to samo co z Tomem. Jego dłoń pogładziła mnie po policzku
- Nie wiem Bartek. Przepraszam muszę to przemyśleć- powiedziałam
Wzięłam swoje rzeczy i wyszłam. Byłam zamyślona nie zwracałam na nic uwagi a za mną szedł ktoś myślałam ze to Bartek. Dopiero w ciemnym miejscu poczułam dłoń na ramieniu. Gwałtownie odwróciłam się i zobaczyłam jego ciemne oczy to był Tom. czego on chce.
- zostaw mnie!- krzyknęłam
-w końcu będziesz tylko moja- szepnął
-nigdy nie będę twoja- odparłam
Nie mogłam uwierzyć ze znalazłam się w takim położeniu. Żołądek mi się ścisnął na te myśl. Zrozumiałam ze muszę sobie sama poradzić. Odepchnęłam go i szybkim krokiem odeszłam. Odwróciłam się zęby zorientowałam się gdzie jest i zobaczyłam go pędził prosto na mnie.Złapał mnie za rękę i mocno szarpnął
- Idź Tom- sapnęłam- to nic nie da
Przez jedna sekundę w jego oczach zapalał strach, ale po chwili zniknął, nie byłam pewna czy mogole go widziałam
- Charlie- ścisnął rękę jeszcze mocniej i pochylił się, żeby zbliżyć twarz do mojej. Ogarnęło mnie przerażenie, ale starałam zachować spokój. Niezłe się wpakowałam
- Przepraszam. Naprawdę myślałem ze będzie fantastycznie i ze ci się podobam.
-Ale jeżeli nie to co ?-odparłam- nie podobasz mi się po prostu zostaw mnie.
Chyba wtedy się zorientował i dotarło do niego ze pogrąża się jeszcze bardziej
- ej- rzucił- chodźmy gdzieś indziej to porozmawiamy
- Mam inne plany
-Tak, ale nie szkodzi. Możemy je razem robić. Zgoda Charlie?- objął mnie ramieniem i zaczął całować,
odepchnęłam go od siebie . Czułam lek przed tym żeby być gdzie indziej. Złapał mnie i wcisnął do samochodu. Wyjrzałam przez okno, wyobrażając sobie ze widzę przed sobą twarz Bartka. Jego oczy z ich mądrością, miłością, pełne przebaczenia. To wszystko co mi dawał. Odrzuciłam to
- Charlotte- głos był natarczywy
- Co? - poderwałam głos
- Pytam cie, dlaczego nie ja tylko brat?
- Bo jesteś nie normalny, wypość mnie-powiedziałam
- Jeszcze mnie nie poznałaś- szepnął - jesteś moja i tylko moja. Nie wyposzczę cie
przez chwile panowała cisza, chociaż tom mruczał coś pod nosem ze złości. Wiłam się z bólu, miałam wrażenie ze to wszystko zaraz się stanie. Byłam zagubiona, byłam sama. nie miałam nic ani nikogo, kto mógłby mi pomoc. Już nie kiedy Tom się odezwał jego głos był miły niemal beztroski.
- Naprawdę przykro mi ze to się stanie, ale nie dajesz mi wyboru.
Świat wyglądał tak jakby był rozmazany i niewyraźny. Przypomniało mi jeden z najgorszych momentów mojego życia. W nocy, śmierć taty. Teraz była moja kolej. Rozejrzałam się nie było Toma, chyba musiałam stracić przytomność z nerwów. Mocno zacisnęłam dłoń na klamce, były otwarte. Szybko wybiegłam, choć moje mięśnie krzyczały w męczarniach. Drżałam z zimna szczeka bolała mnie od zaciskania zębów. Upadłam , uderzając po drodze w kilka gałęzi tak mocno walnęłam o ziemie ramieniem, ze złamałam obojczyk. Byłam szczęśliwa ze uszłam z życiem,obojczyk dawał we znaki. Z tylu dobiegały głośne odgłosy. Najwyraźniej usiłował mnie znaleźć. Znalazłam się znów kolo tego jeziora. Zobaczyłam samochód Bartka. Podbiegłam bliżej , ale nie było go w środku. Rozejrzałam się kilka razy i dostrzegłam Toma
- Ratunku- krzyczałam- idź ode mnie.
- Jesteś moja! Tylko moja! Bartka tu nie ma! pozbyłem się go
- co mu zrobiłeś skurczybyku?- wrzeszczałam
-choć do mnie- odparł- zginął
Oczy otworzyły mi się szeroko. Zginął. co on mu zrobił. Czułam się odrętwiała i bez władna.
- zrobisz wszystko, co chce. Jestem dla ciebie bardzo dobry. Powinnaś  mi podziękować. Powinnaś czuć wdzięczność. A ty olałaś mnie bez słowa!- uderzył mnie boleśnie dłonią w twarz
- zostawiłaś mnie! -wrzeszczał- jak śmiałaś ! ociekłaś? jestem twoja druga polówkę.
Uważałam go za przyjaciela moja druga polówkę. Wydawał się dobry. Teraz dostrzegłam to ze się myliłam. Usiłowałam krzyknąć ale udało misie wykrzacz z siebie jedynie jęk. Zorientowałam się ze z moich oczu płyną łzy. Dlaczego?? ...Dlaczego marnowałam czas. Złapałam za kłodę, adrenalina zalała mój umysł, kiedy uderzyła go po raz pierwszy, drugi i trzeci i czwarty. i znowu. Oddychaj. Uspokoiłam się.
Poczułam ze moje szczeka się rozluźnia.
- Masz za swoje- zdołałam wymamrotać.
Ledwie zrozumiale. Kiedy do mnie dotarło co zrobiłam. Bałam się
Poczułam na mojej szyji rękę. Trzymałam w dłoni kłodę i uderzyłam szybko .To Bartek zwijał się z bólu
- przepraszam - wyszeptałam i upadłam
- To ja powinienem przepraszać, nie powinienem wypuszczać ciebie samej z samochodu.
Bartek zaczął mnie przytulać. Ogarnęło mnie przerażenie kiedy patrzyłam na lezącego Toma. Otworzyłam usta kiedy zobaczyłam jak się porusza. z mojej wargi trysnął strumień żywo czerwonej krwi, przechyliłam się na bok i zwymiotowałam. Żołądek podskoczył mi parę razy.
- Lepiej by było gdyby tym już zajęła się policja- powiedział Bartek
Kiwnęłam głowa. Wiec zadzwonił. Jestem wyjątkowo silna. Wsiadłam do samochodu i zamknęłam oczy ale tylko na chwile.Spałam bardzo długo. Śniłam. Znajdowałam się blisko Bartka było mi przy nim bardzo dobrze i nagle się ocknęłam. Zobaczyłam mamę i Bartka którzy stali obok mojego łózka i rozmawiali.

piątek, 18 września 2015

18.09.2015

                   Hej kochani.   Troche pracy mam.  Dziekuje za mile slowa w kierunku poduchy.  Napewno bede jeszcze inne :-)
                  Bryloczek :-)
 Bardzo delikatny naszyjnik:-)

wtorek, 8 września 2015

8 wrzesień - Rozdział VII

Hej robaczki :)
Po wakacjach czas nadrobić zaległości, wiec jak najszybciej dla was wrzyce następne rozdziały bo już jest trochę, mam nadzieje ze wam się podobają. Zapraszam do wcześniejszych rozdziałów i do czytania :*




Koniec roku szkolnego.
W końcu! Zdałam... Dzięki Bartkowi zaczęłam odrabiać lekcje i uczyć się. Mama była ze mnie zadowolona. Każdego dnia dziękowałam Bogu, że w ogóle go poznałam. Byłam w domu, wzięłam kubek i powąchałam go, był jeszcze dość ciepły. Pachniał wiem że to was zaskoczy - ziołami, miedzy nami mówiąc, byłam zdziwiona. Wypiłam herbatę. Nie była zbyt dobra ale jakoś ją przełknęłam. Potem poszłam do szafy po szlafrok, którego wcześniej nie widziałam był z grubego lnu, spranego tak ze wydawał się bardzo miękki. Był prosty jak koszula nocna, a wokół dekoltu wyhaftowana koronka z białej nitki. Westchnęłam. Po drodze do łazienki minęłam pudełko, zobaczyłam rzeczy taty, od razu zostawiłam to i weszłam do łazienki. Wyszłam z twarzą rozpalona od pary a jasne delikatne i mokre włosy przyległy do buzi. Uśmiechnęłam się. Kiedy się zobaczyłam, byłam zdziwiona ze się zmieniłam. Usłyszanym dzwonek do drzwi. Otworzyłam.
- Cześć - powiedział Tom
Zobaczyłam go, aż mnie zgórowało.
- Co ty tu robisz?- odparłam.
- Chciałam cie przeprosić za wszystko - tłumaczył - nie chciałem żeby to tak wyszło. Uwielbiam cię i mi się bardzo podobasz.
- Idź sobie stąd bo zacznę krzyczeć- odparłam
Złapał mnie mocno za rękę i trzymał przez chwile.
-Auć- powiedziałam.
-Będzie dobrze- obiecał - będziemy razem.
Pokręciłam głowa i go odepchnęłam i zamknęłam z trzaskiem drzwi.
- Otwórz te drzwi. Chce tylko porozmawiać - pukał i głośno krzyczał.
- Nie! Zadzwonię zaraz po Bartka jak nie odejdziesz- powiedziałam
Po dłuższym czasie odszedł.
Na obiad czułam się głupio i byłam zawstydzona z powodu siniaka na nadgarstku. Opowiedziałam mamie co się wydarzyło
-Załatwię to- obiecała.
Podziękowałam mamie za wszystko co dla mnie robi i poszłam się przebrać bo z Kama postanowiłyśmy wybrać się na spacer. Czytałam gdzieś że w naszych lasach jest ukryty dom i zamknięty ogród. Zwróciłyśmy się ku żywopłotowi. Wciąż myślałam o ogrodzie w którym nikt nie był od jakichś dziesięciu lat. Byłyśmy ciekawe jak wygląda i co tam jest. Po przejściu kilkunastu metrów, było widać tam rozległe ogrody o wielkich strzyżonych trawnikach i wijących się dobrze utrzymanych ścieżkach. Były tam drzewa i klomby, w dziwne kształty.
Strzyżone bukszpany i staw z fontanna z szarego kamienia pośrodku. Ale klomby były puste zimne a fontanna nie tryskała woda a to był czerwiec, to nie był ów ogród zamknięty. Jakże można zamknąć ogród? Przecież do ogrodu można zawsze wejść. Rozmawiałyśmy własnie o..,gdy na końcu ścieżki, która szłyśmy, dostrzegłyśmy wysoki mur, obrośnięty bluszczem. Nie spostrzegłyśmy ze wychodzi do ogrodu warzywnego i owocowego. Podeszłyśmy do muru i ujrzałyśmy otwarte drzwi, zasłonięte zielonkawym bluszczem. Przekroczyłyśmy drzwi i spostrzegłyśmy ze z drugich drzwi wychodzi mężczyzna z łopata.  Zdziwił się na nasz widok, potem dotknął czapki i chyba nie był zachwycony ze nas tam spotkał
- Co wy za jedne?-spytał
-Czy to zamknięty ogród ?- zapytała kama
- Jak na razie jeden z warzywnych- odparł
-My wybrałyśmy się na spacer i po drodze zobaczyłyśmy mury i postanowiłyśmy ze wejdziemy zobaczyć- powiedziałam.
- No to rozglądajcie się., a tam po drugiej stronie jest dom.
Poszłyśmy do końca ścieżki i znów drzwi ale były zamknięte. Stanęłyśmy i nasłuchiwaliśmy śpiewu ptaków. Wracając do pierwszych ogrodów zastałyśmy tam ogrodnika.
- Byłyście w tamtych ogrodach - wskazał ręka
-tak, są cudowne- odpowiedziałyśmy
Po dłuższej rozmowie oznajmiłyśmy ze tu wrócimy i pomożemy w pracy.

wtorek, 25 sierpnia 2015

25.08.2015

                       Hej robaczki :-)
             ciag dalszy mojej pracy
Zacheciam do czytania wesniejszych postow :-)  buziaki :-*

sobota, 15 sierpnia 2015

15 sierpień - Rozdział VI

Hej
Kochane Robaczki 
Następny rozdział
 Zapraszam 




Nos miałam zimny. Cała reszta mojego ciała była ciepła. Materac pode mną był twardy. Wyciągnęłam ostrożnie rękę i szybko odnalazłam brzeg łózka, powoli wstrzymywałam oddech. Błądząc wzrokom, dostrzegłam ze to już ranek. Wtedy zorientowałam się ze mama śpi obok mnie. Leżałam nieruchomo, żeby jej nie obudzić. Oddałabym wszystko. Żeby wczorajszy dzień wymazać z pamięci, ale wiedziałam ze to nie możliwe. Czułam się okropnie. Całe dwa dni spędziłam w łózko. Następnego dnia do mojego pokoju przyszła mama, chciała porozmawiać o zdarzeniach które zaszły u Toma.
-Charlotte
- Mamo nie denerwuj się ale to było bardzo straszne, ale widziałam gorsze rzeczy. Pozbieram się,
poczułam się oszołomiona i zmęczona. mama usiadła obok mnie i przytuliła.
- Kochanie dobrze, spokojnie - wyszeptała - a ten chłopak co cie wtedy tego dnia odwiózł do domu.. kto to?
- To on mnie obronił, wtedy u Toma. Jest starszym bratem -odparłam- on jest miły i murze mu podziękować za wszystko.
Bałam się wszystkiego. Zostać sama, kiedy mama wychodziła. Bałam się ze wtedy przyjdzie i będzie chciał mnie znów skrzywdzić. Od tamtego dnia zamknęłam się w sobie. Nie spotykałam się wcale z nikim nawet z Kama. Była kilka razy ale mama za każdym razem ja odsyłała. W końcu się zebrałam w sobie i w słoneczny poniedziałek poszłam w końcu do szkoły. Wchodząc do klasy, zobaczyłam go.
- Dzień dobry Charlie- odparł nauczyciel
Tom patrzył mi w oczy, a później ostrożnie sprzyjałam się moim nadgarstka, które były posiniaczone, pokaleczone i podrapane. Teraz  kiedy Tom nie stawiał już zagorzenia, weszłam do klasy i usiadłam obok Kamy. Bałam się spojrzeć jej w oczy, ale się zmusiłam. Dostrzegłam troskę, zmartwienie i miłość. Zrobiło mi się mokro w nosie jak zawsze, kiedy zbierało mi się na płacz. Kama pogłaskała moje włosy w kolorze jasnego blady i odwróciliśmy się w stronę nauczyciela.. Wszystko wyglądało teraz o wiele gorzej, kiedy nie znajdowałam się w łóżku. Nie wiedziałam czy będę w stanie kiedykolwiek się z tego pozbierać. Jasno-brązowe oczy nauczyciela spojrzały na mnie. Jego dłoń ostrożnie pogłaskała mnie po ramieniu, a ból sprawił ze znowu zebrało mi się na płacz. Nauczyciel nachylił się do mojego ucha;
- Zostań po lekcji na chwile, porozmawiamy.
Kiwnęłam głową. Po pół godzinie zadzwonił dzwonek wszyscy w końcu wyszli a ja zostałam sama z nauczycielem. Był zawsze miły, ze wszystkich nauczycieli lubiłam go najbardziej. Zamknęłam oczy i po chwili  usłyszałam pukanie do drzwi, ale zignorowałam je, pewnie uczeń a może inny nauczyciel. Jeśli znów otworze oczy to wszystko wróci do mnie. Drzwi się otworzyły
- Wiem ze znasz Bartka, brat Toma - odezwał się a moje oczy się natychmiast otworzyły
To nadal był on naprawdę tu był, zmarszczyłam czoło. Moim ostatnim wspomnieniem było...
Czy to wszystko naprawdę się wydarzyło?
- Usiądź -powiedział nauczyciel - Bartek mi wszystko wyjaśnił czemu nie było ciebie w szkole i co się wydarzyło, rozumiem co czujesz, ale może my ci pomrzemy.
Nowe fale przerażenia zalewały mnie, kiedy przypomniałam sobie co wtedy się stało. Bartek usiadł obok mnie. Nie mogłam na niego spojrzeć, pozwoliłam łzom spływać po policzkach.
- Wiem... tak mi przykro- Bratek powiedział.
- Nie! -krzyknęłam- Nic mi nie jest.
- Myślę ze jednak coś jednak się wydarzyło - odparł nauczyciel.
- Jesteś o wiele silniejsza niż ci się to wydaje - powiedział Bartek
- Wczoraj rozmawialiśmy z Bartkiem i twoja mama, doszliśmy do wniosku ze psycholog tobie pomorze i da jakieś wskazówki jak masz żyć- oznajmił nauczyciel.
- Wszystko sprawdzone i ustalone- powiedział i dał mi kartkę z nazwa i numerem.
- Czy to żarty? Jeśli to prawda co mówicie, to dajcie sobie spokój, dam sama rade -powiedziałam -spiskujecie za moimi plecami. Nic przecież się nie wydarzyło. Nie nawidze was!
Złapałam torbę i wybiegłam ze szkoły. Mimo wszystko byłam zła na nich, ale z drugiej strony wiedziałam ze chcą mi pomoc. Nie, wcale nie chce pomocy, bo nic się nie wydarzyło takiego.
Nagle poczułam się wyczerpana, przytłuczona ciężarem tego co się stało. Dopiero po godzinie dotarłam do lasu. Emocje miałam nadal w kiepskim stanie, nie mogłam znieść tego, ze jestem w tym lesie sama. Próbowałam uciec, ale to skończyło się wielka liczba zadrapań. Już dawno straciłam jakakolwiek nadzieje na to ze wrócę do miejsca z którego przyszłam. Nie rozglądałam się za wyjściem z lasu, skopiłam się tylko na tym żeby iść do przodu. Światło znikło, czas płynął a kiedy zapadła noc, ogarnęło mnie przerażenie. Byłam bliska płaczu i marzyłam żeby wyjść z tego ciemnego lasu, ale bałam się zatrzymać, bo stało by się coś złego.
I nagle po prawej, wyłoniło się jezioro. Wygadało bardzo przepięknie w Swietłano księżyca. Brzeg był pokryty piaskiem, a na powierzchni unosiły się biele kwiaty. Piękne miejsce. Tajemnicze. Zostawiłam plecak i usiadłam na piasku. Od razu wszystkie myśli odpłynęły, było ciemno i cicho. Słychać było jedynie cykanie konika polnego. Znajdowałam się tu po raz pierwszy. Po prostu zakochałam się w tym miejscu, siedziałam tam dłuższa chwile, zastanawiałam się jak wrócę do domu. Usłyszałam szmer za moimi plecami, ale nawet nie zareagowałam.
-Cześć- powiedział, usiadł obok mnie- wiedziałem gdzie ciebie znajdę.
- Bardzo lubisz się zakradać - odparłam cieszyłam  się.... chyba z tego, ze tu jest ,zwłaszcza teraz.
- Sprawdzam czy czasem nic się nie stało-powiedział.
-Nie kłopocz się -odparłam- nikogo nie interesują moje kłopoty.
-Tak myślisz?-zapytał
-Wracaj do domu
W jednej chwili niż tego ni z owego, wstał i odszedł. Wreszcie się odezwałam, stało się jasne ze jednak potrzebuje pomocy.
-poczekaj-westchnęłam i wstałam
zanim się odwróciłam stał blisko mnie. spojrzałam na jego twarz dostrzegłam uśmiech. Wreszcie się odezwał
- Teraz jesteś w rozsypce ale za jakiś czas będziesz silna kobieta i ja tobie ci w tym pomogę - powiedział i przytulił mnie
Gdybym nie była Charlotte.., nie znalazłabym się w tym miejscu i z tymi problemami. Siedziałam w samochodzie przez minute, skupiając się na swoich uczuciach tak jak Mat mówił.  Czego się bardzo ,bardzo nie nawiedziłam. Powiadałam nadzwyczajne zdolności tłumaczenia wszystkich emocji. Okazuje się ze nawet tłumienie emocji nie sprawi ze się ich pozbędziemy. Wszystkie te odczucia znajdują się we mnie. Zbite w czarna kule i przedzierały się do mojej psychiki, doprowadzając mnie na skraj szaleństwa. Co czułam?Oparłam głowę na oparciu i zamknęłam oczy i zaczęłam mówić to co tłumiłam w sobie. Mówiłam chyba przez trzy godziny bez przerwy,o stracie ojca, o napaści tej kobiety i to co chciał zrobić mi Tom. Mat mnie słuchał cały czas, byłam mu za to wdzięczna w ciągu dalszych miesięcy doświadczyłam więcej rozmów niż przez całe życie. No własnie te rozmowy z nim pomogły mi otworzyć się i dużo czasu spędziliśmy razem


wtorek, 11 sierpnia 2015

11.08.2015

Hej robaczki.
To ciag dalszy pracy:-)  czekam na jakiej pomysly od was :-)  zapraszam do czytania wczesniejszych postow i oczywiscie do komentowania :-)

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

3 sierpień - Rozdział V

Witajcie Robaczki;-) Co tam słychać. W końcu nowy post:) Czekam na wasze opinie ..



Zadzwonił budzik. Otworzyłam jedno oko i się zastanawiałam czy to co zdarzyło się wieczorem było snem czy tylko moja wyobraźnia, ale to była prawda. Szybko wstałam, wyszczotkowałam moje jasne włosy ubrałam się i poszłam na śniadanie
- Dzień dobry mamo - powiedziałam i pocałowałam w policzek.
- Cześć kochanie.
Zjadłam szybko śniadanie i pobiegłam na autobus do Kamy. Na dworze było ciepło. Lubie tutejsza pogodę,bo zawsze świeci słońce. Odkąd pogodziłam się ze śmiercią taty, odkrywałam miasto na nowo. Czekała za mną, a obok niej stał Tom.
-Cześć- powiedziałam do niego.
Nic nie odpowiedział. Drzwi do autobusu się otworzyły, gestem wskazał żebym weszła do środka. Zawahałam się, ale weszłam i zajęłam miejsce obok Kamy. Opowiedziałam jej co zaszło.
-Żartujesz-powiedziała
-Mowie poważnie-oznajmiłam
Lekcje mijały szybko. W końcu polski. Usiadł ze mną w ławce i oznajmił.
- Powinnaś coś zobaczyć w stodole, zależny mi - westchnął.
Po lekcjach poszliśmy. Było ciemno i cicho, słychać było jedynie rżenie koni. Znajdowało się tu dziesięć boksów, ale tylko sześć tylko zajmowały konie. Pielęgnacja koni i sprzątanie stajni należały do mniej lubianych prze zemnie zajęć. Z kilku powodów. Tom przystanął na końcu jednego boksa. Drzwi były otwarte. Gestem wskazał, żebym weszła. Nie byłam pewna swojej reakcji, nagle usłyszałam cichutkie odgłosy. Uniosłam jedna brew i wetknęłam głowę za drzwi boksu. Zobaczyłam Kore siedzącą na sianie. Podniosła wzrok i spojrzała na mnie. To jedyna suczka na farmie. Zobaczyłam jedno, dwa ... sześc malutkich wijących się maleństw, tulących się do siebie. Szczeniaki, uklękłam obok Toma. Nie jestem psiara, ani kociara. W ogóle nie jestem wielbicielka domowych zwierzaków. Pochłaniają czas, wymagają uwagi a ja już zapomniałam, jak to jest. a jednak miałam słabość do tłuściutkich szczeniaków z maleńkimi pyszczkami pokrytymi delikatna sierścią, jeszcze ślepych i głuchych.
- Kora wspaniale się spisałaś - westchnął Tom, głaszcząc psa po głowie. Suczka zamknęła oczy, jej wysiłek dobiegł końca.
-Ładne psy-powiedział Tom. Prawie zapomniałam , ze tu jest tak byłam zapatrzona na szczeniaki
-Tak- przyznałam racje
Skojarzyłam je z innymi wyżłami niemieckimi. Wyjęłam najmniejszego szczeniaka, który usiłował się wydostać spod większego, bardziej żywszego brata. Piec szczeniaków wyglądało jak miniaturki Kory-miały masywne brązowe łapki, jasnoszare tułów z ledwie widocznymi brunatnymi plamkami, które w całej okazałości ujawnia się później. Ale jedno małe szczenie wyglądało, jakby z zupełnie innego miotu.A może nawet z innego gatunku, nie przypominało tłuściutkiego i krętego rodzeństwa. Było chude i chyba o polowe mniejsze od największego szczeniaka, do tego prawie całe białe, poza wielkimi rudymi nieregularnymi plamkami które wyglądał tak jakby ktoś wylał na niego kieliszek wina.
- Najmniejsze z miotu- zauważył Tom
- Coś z nim nie tak?- zapytałam
- To cud życia -szepnął
Nagle otrząsnął się i podniósł się z wdziękiem.
- Niedługo do ciebie zajrzymy., Odpocznij trochę
Wstałam i poszliśmy do domu do niego. Jego ciocia przygotowywała bulion dla Kory. Tom i ja zaczęliśmy wchodzić po schodach do jego pokoju. Miał jeszcze starszego brata Bartka. Był umięśniony i blady, widziałam ze przyglądał się czasem, zdziwiony, jakby zastanawiał się jakim cudem jestem. Był słodki, nie był skarżypyta. Był bystry i odważny. Pokój Toma był duży. Drzwi miały płomienne kolory czerwony, żółte i pomarańczowe, duże łózko i mała szafa. Jego oczy były skupione na mnie, a ja byłam jak zawsze zawstydzona i przejęta , tym co zaraz się stanie.Nagle znaleźliśmy się w objechać i całowaliśmy się, Tom starał się zbliżyć do mnie bardziej i bardziej. On wydawał mi się twardy jak klif na Islandii. Wykręciłam się, chciałam żeby przestał bo nie chciałam niczego innego.
Przytrzymał mnie w miejscu jedna dłonią a później jego ciężar znalazł się na mnie. Całował mnie bez przerwy, nie byłam w stanie go odepchnąć, przylegną do mnie tak mocno. Jego druga ręka szukała guzika od spodni, chciał czegoś więcej.  Dłoń zanurzyła się w moich włosach, kiedy całował moje powieki, policzki, brodę, nos w końcu udało mi się złapać powietrze i krzyczeć.
- Ratunku!
Do pokoju wpadł Bartek, zdarzyłam się już wydostać z objęć Toma. Złapałam plecak i wybiegłam, nawet nie wiem gdzie, usłyszałam jak Bartek krzyczy.
- Poczekaj !
Na ogół trzymałam emocje na wodzy, nie wiedziałam do czego on jest zdolny, w ciągu mojego życia nie czułam się tak złe, jak teraz. Ciągle nie potrafiłam uwierzyć ze jego obecne zachowanie jest nienormalne według mnie
- Mógłbyś mnie zostawić w spokoju - wyszlochałam i upadłam na beton.
Przez chwile milczał a ja czułam jego złote oczy wpatrujące się w moja twarz
-Nie zostawię cie.
Obietnica? Groźba? Wybór należy do ciebie! Na szczęście nie musiałam nic mówić, ten dom. Tom był już koszmarem mojego życia. Jak mówiłam wszyscy tutaj jesteście nieśmiertelni ale do czasu jak coś się stanie. Podniosłam się. Bartek wymamrotał coś pod nosem i dał mi swoja bluzę. Skręcało mnie, zęby spytać po co to robi, ale ugryzłam się w język. Otworzył drzwi do samochodu.
-Po co? -spytałam
- Zawiozę ciebie do domu. Jest późno a ty cała się trzęsiesz. Porozmawiam z twoja mama zęby się na zapas nie martwiła- odparł
Na worze było wilgotno i chłodno. Nos zrobił mi się lodowaty. Nie cierpiałam tutejszej ciemności. Przysunęłam się do Bartka na pewno obroni mnie przed niebezpieczeństwem. Wyglądał na zmęczonego. Uniósł rękę i przytulił mnie. Usnęłam. Czuła jak głaska mnie po boku. Myślałam ze śnie, ale to działo się naprawdę. Nagle otrząsnęłam się i podniosłam.
- Gdzie my jesteśmy- zapytałam zmęczona
-Nieważne. Pomyślałem że zabiorę cie w jedno miejsce ale zasnęłaś.
Zrobiło mi się trochę wstyd przed nim,
- Ile czasu minęło? -chciałam wiedzieć
-Niewiele - odparł
Poczułam się tak jakby ktoś przejechał paznokciami po tablicy, ale ona wyglądał na szczęśliwego, a ja cieszyłam się, ze chodź na chwile zapomniałam o dzisiejszym zdarzeniu.
- Nie masz dziewczyny - spytałam.
- Nikt się ze mną nie umówi - skrzywił się- za dużo mam pracy, ale mam nadzieje ze to wkrótce się zmieni- odetchnął dzieżko.
- A ty? Czemu mój brat?
- Nie wiem- skinęłam głową- Chodzimy do klasy, spotkaliśmy się dwa razy, nic więcej nie chciałam.
Bartek zaczął opowiadać o swoim życiu jak jego rodzice zmarli.
-A ja zostałem sam na mojej drodze życia
- Będzie dobrze- te słowa pojawiły się w moich ustach chyba po raz pierwszy, było mi go żal, uśmiechnął się i zapalił samochód i odwiózł mnie pod dom.
- Może.. to powinno się stać..- odparłam
-Charlotte!- powiedział- nie powinnaś tak nawet pomyśleć nie wolno ci. To on będzie się tłumaczył, a nie ty
-Może to ja go sprowokowałam- powiedziałam
-Nie - krzyknął- nie jedna dziewczynę tak chciał skrzywdzić.
Zdziwiłam się, co on powiedział.
-Że co?- końcu wydusiłam słowa
- niepierwsza byłaś, dlatego odesłano nas tutaj, miałem go nauczyć i tłumaczyć ze tak nie wolno. Jesteś śliczna dziewczyna i nie wiąż się z nim, bo będziesz tego żałowała.
Usiłowałam oddychać. To trwało chwile. powtarzałam to sobie bez przerwy, przez cała drogę do sypialni,, jesteś śliczną dziewczyna''. Już tego żałowałam. Weszłam do sypialni szybko przebrałam się w piżamę i wyjrzałam przez okno, zobaczyłam Bartka a serce zaczęło mi bić szybciej. Zastanowiłam się czemu, czy to na jego widok. Nie znałam go wcale , pomachał i wsiadł do samochodu i odjechał. Wiec wślizgnęłam się do zimne łózka i zasnęłam.

poniedziałek, 27 lipca 2015

27 lipiec - Rozdział IV


Hej robaczki :)




Był piękny słoneczny dzień, szłyśmy z Kama w milczeniu do szkoły. Każdy w szkole patrzył się na nas bardzo dziwnie. Stojąc przy szafce słyszałam jak jakieś dziewczyny rozmawiają o tym zdarzeniu, zdziwiona nic nie powiedziałam, poszłam na język polski. Pani znów marudziła o głupotach, nie byłam tym zainteresowana wiec zaczęłam się zastanawiać nad swoim życiem, później matematyka i informatyka,w-f. Do domu. Następnego dnia znowu pierwszy był polski. niestety;/ nie lubię tego przedmiotu.W tej samej chwili wszedł dyrektor z nowym uczniem.
- Przepraszam ale macie nowego ucznia nazywa się Tom, zajmij wolne miejsce.
Pech chciał że w całej klasie tylko było jedno wolne miejsce obok mnie..
- Cześć można- zapytał i usiadł.
- Cześć, tak siadaj- odpowiedziałam.
Byłam bardzo zdenerwowana. Siedział obok mnie. Chłopak moich marzeń. Był najprzystojniejszy, najpiękniejszy, najbardziej wyjątkowym facetem jakiego widziałam w swoim życiu. Kiedy tak na niego patrzyłam doznawałam zawrotu głowy. Miałam wrażenie, że głos Toma był niski. Zadzwonił dzwonek, koniec lekcji. Akurat zbliżała się pora lanczu, wiec z Kama poszłyśmy na stołówkę coś zjeść.
Pochodziła z Kanady, ale jak większość nas miała nieskazitelny akcent. Ma około osiemnastu lat, ale wygląda na trzydzieści. Jak zwykle miała na sobie kolorowe zestaw opaska, apaszka, sweter, kombinezon i czarne glany. Wszystko to jakoś do siebie pasowało tylko dla tego że wciąż przypominała słodka, wysoka i szczupłą nastoletnia modelkę. Siedziałam ze spuszczona głowa i zaczęłam gmerać widelcem w jedzeniu
- Rany co to ma być?
Rozgnieciona potrawka, kto wpadłby na taki pomysł.
- Charlotte- głos Toma sprawił, że uniosłam wzrok. Usta miałam pełne papki, do której przełknięcia nie mogłam się zmusić, przekonana ze mój żołądek znienawidzi mnie na zawsze i zacznie odmawiać przyjęcia nawet dobrego jedzenia.
- Mhm- wydusiłam z siebie i przełknęłam z wysiłkiem to co miałam w buzi - Cześć.
- Jak się masz - spytał.
Rozbrajające pytanie.
- Dobrze- wydusiłam z siebie i napiłam się wody - To dobrze. Mogę do was się dosiąść?
- Tak. To jest Kama. Kama to jest Tom, chodzi ze mną do klasy- odparłam.
Kama uśmiechnęła się i znów skopiliśmy się na posiłku. Nie mogłam się powstrzymać, zęby nie spojrzeć przelotnie na Toma.
- Skąd jesteś wogole - Kama zaczęła swoje małe śledztwo.
- Moja ciotka Kristine potrafi leczyć ludzi i przeprowadziliśmy się z Meksyku aż tuta - odpowiedział.
Zadzwonił dzwonek na lekcje i razem z Tomem poszliśmy. Lekcja szybko mineła i wrociłam do domu. Po obiedzie sprawdziłam grafik i ze zdziwieniem stwierdziłam że dziś wieczorem nie mam żadnych obowiązków, nic do zrobienia. zdarzyło się to raz czy dwa razy w tygodniu. Hura!
Weszłam na górę, wzięłam gorąca kąpiel i zawinęłam się w kłębek na łóżku z książka znaczy o ziołach leczniczych. Wiem, nie mogłam się powstrzymać, szybko zanurzyłam się w świecie cudów i rozkoszy świetlików, złoceni, kaczeńców i mleczy. Tyle do nauczenia. Temat był pasjonujący, odpłynęłam myślami tylko ze dwa czy trzy razy, ale w końcu się poddałam i pozwoliłam powiekom opaść. Nie usnęłam mimo zamkniętych oczu nadal widziałam jasne światło lampki do czytania, nadał byłam świadoma małego pokoju i ciemnej nocy na zewnątrz, ale odpływałam. Śniłam aż obudziłam się w lesie. Znaczy to ze to tylko sen ale bardzo realistyczny. Setki lat temu lasy były wszędzie i zęby dostać się z punktu A do jakiegokolwiek innego punktu prawie zawsze trzeba było przejść przez las. Nie jestem wielbicielkom lasów są czarne, wydają się bezkresne i niewiarygodnie łatwo się w nich zgubić albo stracić orientacje. Pełne są odgłosów, latających rzeczy i trzaskających gałęzi. Jednak się w nim znalazłam. Byłam tam a jednocześnie się widziałam jak to we śnie. Miałam czarne włosy, ciężki makijaż, byłam niesamowicie chuda i blada. W rzeczywistości tak nie wygadałam. Nagle ogarnęło mnie poczucie niepokoju i zagubienia. Kiedy szłam pomiędzy drzewami i przedzierałam się przez geste zarośla, które spowalniały mój chód. Twarz i ręce miałam podrapane i piekące. Byłam zdenerwowana cały czas to przybierało na sile. Szukałam czegoś lub kogoś. Nie miałam pojęcia czego. Widziałam że muszę iść cały czas, światło znikało. Czas płynął. Kiedy noc zapadła byłam bliska płaczu, histerii, rozpaczliwie marzyłam o ogniu, przyjaciółce o jej pomocy.
Nagle po lewej stronie wyglądało to na ogień. Odwróciłam się szybko i skierowałam się w stronę światła. Spomiędzy drzew docierał do mnie kojący zapach palonego drzewa. Usłyszałam głos czyżby to był.. On? Tak to był Tom. Przedarłam się prze kłujce gałęzie ostrokrzewu i znalazłam się na małej polanie, na której w kamiennym kręgu migotało jak szalone ognisko.
- Charlotte- odwróciłam gwałtownie głowę, gdy usłyszałam ten głos.
- Tom! Co ty tu robisz?
Uśmiechnął się. Wyglądał nieziemsko pięknie. Oczy miał ciemne, że dostrzegłam w nich odbijające się maleńkie płomienie. Wpatrywałam się w niego, mimo że wyciągnęłam ręce nad ognisko.
- Czekam na Ciebie, skarbie - odparł.Słodkim i upojnym jak wino głosem.
- Na mnie? - odparłam zdziwiona.
- Długo cię nie było- szepnął - strasznie za tobą tęskniłem.
Nagle, zobaczyłam, w ognisku była czaszka i kawałki ciał, poczerniałe, które pożerały płomienie. Otworzyłam usta i jęknęłam z przerażenia. wystarczył mi ułamek sekundy żeby wiedzieć, ze to Kama i Mama. Kto ich zabił i palił ich ciała? Zerwałam się na równe nogi tylko po zęby uciec. Znów Tom uśmiechnął się do mnie. Nie było ucieczki. Nagle moje usta i nos wypełnił nieprzyjemny gryzący smród palonych włosów i skóry. Dym zaczął mnie dusić i przyprawiać o mdłości. Chciałam uciec ale stopy dosłownie wrosły mi w ziemie, oplotły je grube, ciemne i wijące się korzenie. Uwięziły mnie i zaczęły piąć się w górę po nogach.. Znów się dusiłam. Po chwili poderwałam się i otworzyłam oczy. Błądziłam po ścinach, byłam zlana zimnym potem,ale w swoim pokoju. Usłyszałam pukanie do drzwi. Dłonie miałam zaciśnięte w pieści, oddech urywany, usiłowałam wziętość się w garść. Wzięłam kilka głębokich oddechów, zęby się uspokoić.
- Tak.
Starałam się, zęby mój głos brzmiał normalnie. Czułam się tak jakbym przed chwilą skoczyła z mostu. Zerknęłam na zegar na szafce, była prawie dziewiąta. Większość osób o tej porze na pewno jest już w swoich pokojach, a wiele pewnie śpi.
- Kochanie, kolega przeszedł do ciebie, mam go wpuścić- spytała mama.
- Tak-powiedziałam
Usiłowałam wziętość się w garść. Poczułam energie i w ciągu sekundy stałam przy otwartych drzwiach. Opierałam się.
- Cześć- powiedział- Przepraszam ze tak późno przyszedłem, ale nie mam planu lekcji.
Zapatrzyłam się na niego, to wina szoku.
- Nic ci nie jest?- spytał- wyglądasz..
- Nie nic mi nie jest- skłamałam.
- Wejdź do pokoju.
- Żartujesz?
- To nie jest żaden podstęp- powiedziałam -mówiłeś że przyszłeś po plan, myślałam ze chcesz wejść.
Uśmiechnął się i wszedł zaciekawiony do mojego pokoju. Zaczął patrzeć na zdjęcie taty.
-Hmm to twój tata?-zapytał
W oczach pojawiły mi łzy. Myślałam że nie dostrzeże tego ale nie dało się tego ukryć.
- Przepraszam -wyszeptał.
- Nie masz za co. Zmarł jakiś czas temu - westchnęłam ciężko i pozwoliłam sobie na myślenie o ojcu prze kilka chwil. Zwykle tego nie robiłam.
- Nie wiedziałem- położył rękę na moim ramieniu.
- Wiele czasu sierdziliśmy rażę. Wakacje spędziliśmy u ciotki i wydarzył się wypadek. Pies go zagryzł - powiedziałam całe zdanie w jednym wdechu.
- Nie wiem o mam powiedzieć - szepnął i mnie przytulił.W końcu jedna osoba mnie zrozumiała, spędziliśmy na rozmowie prawie do trzeciej nad ranem a trzeba było iść do szkoły. Odprowadziłam go do werandy, a na dworze było bardzo zimno.
- Leć na górę bo przemarzniesz, rano musimy wstać- powiedział.
- To cześć- odwróciłam się i otwierałam drzwi.
-Charlotte - usłyszałam, odwróciłam się stał blisko mnie i własnie wtedy mnie pocałował. Pierwszy raz jego, wargi i dłonie pobudziły we mnie coś.
- Pa - szepnął
Szybko weszłam do swojego pokoju i kiedy sobie to przypominała jego twarde mięśnie, aż przechodził dreszcz po całym ciele. Również opowiadał na temat swoich rodziny. Jego ojciec i matka byli przywódcami jakiejś sekty. Zabili wszystkich oprych jego i starszego brata. Ukryli się pod ciałami swoich rodziców, przygarnęła ich ciotka. Patrzyłam się w ogień na kominku ktory juz dogasał i nasłuchiwałam wycia wiatru, ktory zdawał sie wiać ze zdwojona siłą i wściekłością, za to szybko usnęłam.

piątek, 24 lipca 2015

24 lipiec- Rozdział III


Cześć Robaczki:) To kolejny rozdział Zapraszam do czytania:) :*



Rano obudziłam się, zeszłam do kuchni wzięłam talerz jedzenia to kolejna zmiana w moim życiu. Na początku proste jedzenie z naszego ogrodu sprawiało, ze zbierało mi się na wymioty. Człowiek nie jest w stanie przyswoić nieograniczonych dawek białka a jednak przyzwyczaiłam się do niego, nauczyłam się przygotowywać i jeść warzywa. Nadal wiele bym dała za czekoladowe ciasto, ale już się nie buntowałam. Po chwili Kama przyszła z skradziona książka.
- Co robimy z ta książka - spytała Kama
- Po szkole poczekamy aż gdzieś pojedzie to ja odniesiemy - odparłam
Przyjechał szkoły autobus i pojechałyśmy do szkoły. Nie mogłam się wogóle skupić na lekcjach, po szkole poszłyśmy oddać książkę, bo akurat kobiety nie było w domu. Kama czekała i wyglądała czy nie nadjeżdża wiedźma.Po cichu weszłam do domu i usłyszałam jakiś stukanie w maszynę do pisania ale mam bujna wyobraźnie wiec dałam spokój. Otworzyłam drzwi a tam przy oknie na fotelu siedział mężczyzna. Ten sam którego szukali od pól roku.
- Poczekaj - powiedział mężczyzna
- To pana jest tym pisarzem co policja szuka pana
- Tak to ja. Teraz słuchaj. Uciekaj szybko i oddaj te książkę. Idź od razu na policje i powiedz im ze mnie tu przetrzymuje i żeby przyjechali po mnie bo więcej tutaj nie wytrzymam i nie cierpię tej kobiety.
- Dobrze już idę- powiedziałam
Szybko zeszłam ze schodów i wyszłam. Od razu Kamie powiedziałam co zaszło na gorze. Poszłyśmy szybko na policje.
- Panie władzo w domu tej pielęgniarki Anny Windson jest przetrzymywany mężczyzna - wydusiłam z siebie
- Co ty dziecko opowiadasz - powiedział policjant.
- Mówimy prawdę! Niech pan tam jedzie i zobaczy -krzyczałam.
- Dobrze już wysyłam kogoś.
- Dziękuje i proszę uważać tam na nią.
Szybko wróciłyśmy do jej domu, samochód już był i policja tez, stali na podjeździe i rozmawiali.
- Co wy dziewczyny powiedziałyście na mnie ze faceta przetrzymuje? -spytała wściekła
- To pani pozwoli ze obejrzę dom - zapytał policjant.
- Pan wierzy dwóm gówniara - powiedziała wściekła -to jest po porostu nie do pomyślenia .
- Proszę pozwolić mi zobaczyć - rzekł policjant
- Dobrze, proszę panie władzo.
- Wy dziewczyny poczekajcie - powiedział policjant
Anna i policjant zniknęli a my po cichu poszłyśmy za nimi i podsłuchiwaliśmy. Policjant rozglądał się i nic ciekawego nie zauważył, gdy przechodził obok drzew do pokoju, ktoś zaczął krzyczeć
-Ratunku! Tu jestem! Haloo!- rzekł Patryk
Oczy mężczyzny otworzyły się gwałtownie i spojrzał się w stronę drzwi, był naprawdę zaskoczony. Otworzył drzwi, spojrzał na niego, szczeka mu opadła, sięgnął do kieszeni i wyjął zdjęcie. Przyjrzał się uważnie.
-O kurwa- rzucił gliniarz - To Ty!
Uwaga Patryka była przez cały czas skupiona na policjancie ze nie zwracał uwagi na Anne.
- Za tobą! Uważaj!-krzyczał Patryk
I chodź wiedział ze już było za późno, mimo to dalej krzyczał. Anna rzuciła się na policjanta wbiła nóż w plecy.
-AAAA!-krzyknął gliniarz.
Kobieta wyciągnęła nóż jednym szarpnięciem i z powrotem wbiła go, jego zaostrzony szpic pękł. Wyglądała jak diabeł, który usiłuje zabić. Pierwszy cios nie sięgnął zbyt głęboko, drugi cios był bardziej boleśniejszy. Mężczyzna runął na ziemie
-A masz! - krzyczała wściekła
-Przestań - krzyczał policjant
-Nie! Niepotrzebnie uwierzyłeś tym dziewuchom! Masz za swoje!- wrzeszczała
Policjant wyjął z kieszeni pistolet i strzelił. Ja i Kama wystraszyłyśmy się i ociekłyśmy. Anna trzymała miejsce w które trafił pocisk.
-Co ty kurwa zrobiłeś?- wymamrotała
Podeszła z nożem do policjanta a on wystrzelił drugi i trzeci raz. Runęła zakrwawiona na ziemie. Chyba nie żyła.
Gliniarz pomógł Patrykowi stać i wyjść na parking. Znosił go na dół. Schodząc po schodach policjant dostrzegł ze na dole znajdują się trzy żarówki, a pomiędzy nagimi belkami były stare pajęczyny, ściany z kamienia.
- Ej dziewczyny - zaczął policjant
- Tak! Co tam się stało- pytałam
- Zadzwońcie i powiedzcie zęby przysłano kogoś jeszcze i karetkę
Kama pobiegła a ja pomogłam zatamować krew. W drzwiach pojawiła się Anna z siekiera. Wrzeszczała ale nie zrozumiałe słowa. policjant krzyknął i próbował zmusić swoja nogę do odwrotu. Z dobra zręcznością i spokojem wskoczył do samochodu. Pierwszy cios siekiery okazał się niecelny ale szyba od drzwi rozsypała się w drobny mak. Zaparło mi dech w piersiach tak mi się wydawało, dopóki nie znalazłam się na podjeździe, czując zapach krwi. Spuściłam wzrok i zobaczyłam ze mam prawa nogę zmiażdżona. Policjant zaczął krzyczeć wiec Anna odwróciła się w jego kierunku i krzyczała, odrąbała mu prawa rękę, wrzasnęła ponownie i jego ruga ręka zniknęła. Czołgał się w stronę otwartych drzwi samochodu, na zakrwawionych kikutach. Z domu wyskoczyła Kama z kanistrem benzyny i oblała kobietę. Patryk oparty o samochód miał w kieszeni pudełko zapałek, ale w środku spoczywała tylko jedna jedyna zapałka. Jedna powinna wystarczyć. Potarł zapałkę o draskę ale zapałka  nie zapaliła się. Spokojnie zrób to powoli. Pociągnął zapałkę znów i tym razem na końcu tekturowego patyczka pojawił się blady, żółtawy płomyczek.
- Patryk ! Ostrożnie. Co robisz - krzyknęła Anna
Jej głos był przepełniony bólem, wyciągnęła przed siebie ręce i szła w kierunku pisarza.
Zapała się już wypalała i oparzyła mu opuszki palców, opuścił ja przez krótka potworna chwile myślał że zgasła i w tej samej chwili Anna zaczęła się palić
-aaaaa- to nie był krzyk tylko jęk.
Anna runęła jak kłoda na podjazd. Po chwili przyjechał radiowóz i karetka wyskoczyło z niej dwóch lekarzy z gaśnica i ugasili płomienie a ciało było mocno zwęglone i przykryli ja jakimś kocem czy czym podobnym, dokładnie nie pamiętam dobrze tych końcowych wydarzeń bo straciłam przytomność z utraty krwi.
Obudziłam się dopiero w szpitalnym łóżku jak dwaj gliniarze rozmawiają z mama.
-Kochanie dzięki bogu.
Moja noga została ponownie połamana. Lekarze powiedzieli mi, ze będę kulała do końca, ale będę mogła za to chodzić i w zasadzie nie powinno sprawiać bólu.Z początku wszystkie dni były takie same,podobne do siebie. Co rano budziłam się w swoim pokoju, co rano jadłam śniadanie. Po śniadaniu wyglądałam prze okno na rozległe lasy, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność, a patrząc tak, dochodziłam wolno do wniosku, że jeśli nie wyjdę na dwór, to znów będę musiała siedzieć w domu i nic nie robić. Zmuszałam się do wyjścia. Po kilku dniach, zmusiłam się i w końcu wyszłam.Krew szybciej poczynała krążyć mi w żyłach,ale walka z wiatrem, wiejącym od strony lasu, wyrabiała mi siły. Biegała po to tylko, by się zagrzać, a nie cierpiałam wichru, który wiał prosto w moja twarz i wył.

poniedziałek, 20 lipca 2015

20 lipca-Rozdział II

Hej kochani:) 
A oto drugi rozdział:)
 Myślałam ze nie będzie nikogo to interesowało ale okazało się ze dużo czytelników się pojawiło:)  



Przez pół roku z mamą nie mogłyśmy dojść do siebie po stracie taty, dopiero po pewnym czasie zdałam sobie sprawę że był to okres, kiedy nie odczuwałam bólu tylko strach przed tym co będzie, tatuś chciałby żebym robiła wszystko tak jak do tej pory.  Wszystko zmieniło się też jak poznałam Kame. Dziewczynę z zwariowanymi pomysłami, z poczuciem humoru. Byłyśmy nierozłączne. Pewnego dnia Kama wpadła na pomysł, żebyśmy zaczęły śledzić pewna kobietę o imieniu Anna Widson, kobieta była pielęgniarka w szpitalu. Nie rozmawiałam z mama o tym bo zaraz by było gadanie, że tak nie wolno, że za małe jesteśmy a miałam wtedy 11 lat:) To śledzenie trwało ponad z 5 lat. Kama  nazbierała dużo wycinków o niej, zdjęcia i inne potrzebnych rzeczy. Wbiegłyśmy z Kama do swojego pokoju i zaczyłyśmy obmyślać plan.
- Dziewczynki idę do sklepu - krzyknęła mama.
-Dobrze!- odpowiedziałyśmy.
- No to pójdziemy do niej i powiemy ze robimy prace domowa o pielęgniarkach i się troch rozejrzymy.
-Ale to nie wypali - odparłam.
Wzięłyśmy kartki i długopis do plecaka i poszłyśmy do tej kobiety, po drodze spotkałyśmy mamę
- Gdzie idziecie - pytała z zaciekawieniem mama.
- Do kamy robić zadania - rzekłam.
- Tylko późno nie wracaj.
- Dobrze mamo.
I poszłyśmy, Kama zapukała i czekałyśmy. Nagle drzwi się otworzyły, stała przed nami, Anna. Nie wiedziałyśmy co powiedzieć.
- Dzień dobry dziewczynki w czym mogę wam pomoc - odezwała się miło kobieta
- Dzień dobry my bardzo przepraszamy, ale chciałyśmy tylko zapytać się czy by pani nam pomogła bo słyszałyśmy ze jest pani pielęgniarka, a  my mamy prace domowa - Kobieta zrobiła zdziwiona minę i pospiesznie odpowiedziała.
- Nie ma sprawy a o czym dokładnie chcecie wiedzieć - otworzyła szeroko drzwi i wpuściła nas do salonu.
Zadawałyśmy jej dużo pytań a ona z chęcią na nie odpowiadała. Kama rozglądała się po mieszkaniu i znalazła chyba jej pamiętnik.
- Mogę poprosić panią coś do picia bo od tych pytań zaschło nam w gardle- zapytała Kama
- Nie ma sprawy, a co chcecie?
- Ja poproszę sok.- rzekła Kama
- To ja to samo - rzekłam
kama cały czas zerkała na ten pamiętnik leżący pod szklanym stolikiem.
- Charlotte patrz
- Co to? Weź ja zostaw bo się zorientuje ze coś kręcimy - mówiłam ściszonym głosem.
- To jakaś książka czy pamiętnik o śmierci - Kama z zaciekawieniem patrzyła na ta książkę i wsadziła do torby i w tym samym czasie weszła kobieta z sokami ale nas i wypiłyśmy szybko w pośpiechu.
- Dziękujemy pani bardzo ze pomogła nam pani - mówiła kama
 - Nie ma za co. Lubie opowiadać o swojej pracy- rzekła kobieta.
- To my się zbieramy - powiedziałam zdenerwowana
Wstałyśmy i zamknęłam z trzaskiem drzwi. Jezu! Tak strasznie się bałam. Kama zatrzymała mnie i pokazała ze kobieta poszła nakarmić zwierzęta. Kama od razu zmieniła kierunek i poszłyśmy za nią i patrzyłyśmy co ona będzie robić. Nakarmiła zwierzęta i zrobiła porządek w oborze. Niebo pociemniało, odwróciłyśmy się i pobiegłyśmy do domu Kamy. Zamknęłyśmy się w jej pokoju, wyciągnęła książkę i położyłyśmy się na łóżku. Książka była duża i grubą. Otworzyłam. Książka była z wycinkami z gazety. Coś w rodzaju pamiętnika. Na pierwszej stronie widniała pojedyncza gazetowa kolumna z nagłówkiem o ślubie. Pod nią znajdowało się zdjęcie bladego faceta o wąskiej twarzy i kobiety o ciemnych oczach i ściągniętych mocno ustach. Kama uniosła wzrok znad zdjęcia z gazety i zaczęła się zastanawiać skąd zna te kobietę. Nie ulegało wątpliwości była matka Anny. Ładny podpis wykonany czarnym tuszem pod zdjęciem brzmiał,, Ślub roku 20 kwietnia 1938''. Na drugiej stronie znajdowało się zawiadomienie o narodzinach. Chłopca o imieniu Paul, urodzony w szpitalu 30 kwietnia 1939. Brat.
Na trzeciej stronie ,pisało o narodzinach Anny 1 kwietnia 1945. Fakt ze urodziła się w Prima Aprilis, nie minęło uwagi Kamy. Za oknem wiatr przybrał na sile, deszcz bębnił o szyby i dach.
Zafascynowane książka zapomniawszy o bożym świecie i zaczęłyśmy czytać dalej.
Następny wycinek pochodził z pierwszej strony gazety,,luck pack'' zdjęcie pokazywało strażaka na drabinie na tle płomieni buchających z okna jakiegoś sporego domku.
PIĘĆ OFIAR POŻARU DOMU.
Pięć osób, spośród których cztery były członkami jednej rodziny, zginęło w środku we wczesnych godzinach porannych na skutek pożaru, jaki wybuchł w budynku. Wśród ofiar znajdowało się troje dzieci. Czwartą był ich ojciec, udało mu się uratować tylko jedno ze swoich dzieci 18 miesięczna Kristin. Piąta ofiara był 58 letni kawaler, który mieszkał na najwyższym pietrze budynku. Kolejny wycinek z dnia 20 lipca 1958. Ukazało zdjęcie wyglądając nieco starzej mężczyznę, a pod zdjęciem był zamieszczony nekrolog, mężczyzna ginie w tragicznym wypadku. Kiedy przewróciłam kartkę, zobaczyłam zdjęcie i nekrolog ojca, poczułam jak w sercu zaczyna się budzić przerażenie. Schludne pismo po tym wycinkiem głosiło; ,, Atak groźnego psa na Wiliama''
Następny artykuł był o studencie który ginie w tragicznym wypadku. Moje ręce kiedy odwracałam strony drżały. Na kolejnych stronach znajdowały się trzy nekrologi. Dwóch starszych mężczyzn, którzy zmarli w skutek długotrwałej chroboty. Trzecie była 46 letnia kobieta, przyczyna śmierci było krotka i gwałtowna choroba. Miałam już dość. Zamknęłyśmy książkę i odłożyłyśmy na bok ale kama  wzięła i zaczęła czytać ją dalej.
Potem dziecko, trzylatek, które spadło ze schodów. Następna strona była o pisarzu Patryku który zaginął. Następna była o Annie. Przełożona pielęgniarek z oddziału położniczego przesłuchiwana w związku ze zgonami dzieci.,, Anna Windson 39-letnia przełożona pielęgniarek była przesłuchiwana w sprawie śmierci ośmiorga dzieci, które zmarły na tym oddziale w ciągu paru miesięcy''- kiedy ona tam pracowała.
Skoczyłyśmy czytać, nawet nie rozmawiałam z Kama tylko prosto poszłam do domu. Poszłam do łóżka i nie mogłam dłuższą chwile usnąć, myślałam o tej książce że nie potrzebnie ją wzięłyśmy.
Burza trwała przez cały następny dzień, dobrze ze to była sobota, spędziłam w samotności, siedziałam przy oknie swojej sypialni. moja sypialnia, podobna jak wszystkie inne, znajdowała się na pietrze. Pokój był dosść skromie umeblowany- łóżko, szaf i inne przedmioty.

czwartek, 16 lipca 2015

16 lipca Rozdział I

Witam.
Dzisiaj coś nowego. Wiec będzie troszkę dużo:)  zachęcam i miłego czytania:) to jak na razie pierwsza cześć czyli rozdział... I Zapraszam do dalszych :) :-*






Mając 8 lat byłam najszczęśliwszym dzieckiem, miałam mamę Eveline, znaczy Evi tatuś tak zawsze wolał, tatę Wiliama.  Wracając do wydarzeń przeprowadziliśmy się z Polski do Wielkiej Brytanii.  Dla mnie to coś nowego, a ciesze się ze tu jestem,  bo koncernu odnalazłam to co moi rodzice czuli do siebie. MIŁOŚĆ.  Ale to pewno będzie na końcu mojego opowiadania..Jak każde :-P
W wieku 10 lat rodzice i ja wyruszyliśmy na wakacje, do mojej kochanej cioci Mery. :) ten tragiczny finał wywołał, ma się rozumieć pewien szok. Jak łatwo na całe życie okaleczyć psychikę dziecka.  Pamiętam że ciocia opowiadała nam straszne historie o niewidzialnym potworze. Ja się nie bałam bo byłam duża, ale mały Sam bał się zawsze, miał wtedy 5 lat. Jego Tata go nauczył słów na strasznego potwora:
                       Potwory, trzymajcie się z dala od tego pokoju,
                       Nie macie nic tutaj do roboty.
                       Żaden potwor niech nie wchodzi pod łózka,
                       Nie zmieścicie się tam.
                       Żaden potwor nie zagląda przez okno,
                       Nie ma się tam czego złapać
                       A sio wszystkie wampiry, wszystkie wilkołaki, wszystkie straszne potwory,
                       Nie macie nic tu do roboty.
                       Żaden mnie nie skrzywdzi,
                       Nie macie nic tu do roboty.
Ten straszny potwór zabił już nauczyciela, jego żonę i dwoje ich dzieci. Nie był wilkołakiem, wampirem, upiorem ani żadnym innym tajemniczym potworem z zakazanego lasu. To jednak zjawisko przejściowe tak rozmawiali rodzice miedzy sobą. Potwora nie byli bo nie zabijał. Synek cioci Sam pewnej nocy się obudził, zaraz po pierwszej za potrzeba, udał się do łazienki. Wstał z  łóżka i ściągając po drodze spodenki od piżamy poszedł zaspany do łazienki. Wysiusiał się za wszystkie czasy, spuścił wodę i wrócił z powrotem do łóżka. Przykrył się kocem, gdy nagle zauważył tego stwora w ściennej szafie szybko wyskoczył z łóżka i przyszedł do mnie do pokoju i zaczął mnie budzić.
- W moim pokoju jest potwor, charli (charlotte tak miałam na imię)  obudź się.
- Nie!  Idź spać- wymamrotałam
- Ale ja się boje bo w szafie jest pies- myślałam ze żartuje i chce mnie nastraszyć
Od razu i wyskoczyłam z łózka. Kazałam Samowi schować się pod łóżko, a sama po cichu poszłam zobaczyć tego stwora. Faktycznie mały miał racje że w szafie jest straszny potwór bo dobiegały dziwne odgłosy. Zamknęłam drzwi po cichu i szybko pobiegłam obudzić ciocie ale przed pokojem było dużo śladów krwi wiec nie wchodziłam bo się bałam co zobaczę i od razu poszłam obudzić rodziców.
- Mama! Tata!  W szafie sama jest ten potwor.- krzyczałam
- Kochanie nie wygłupiaj się. Idź spać, jest późno- powiedziała mama
- Mamo ale ja mowie prawdę- płakałam
- Już dobrze, idę sprawdzić- powiedział tata i ucałował mnie
A ja zostałam z mama i od razu zamknęłam drzwi na klucz. W tedy widziałam tatę ostatni raz. Poszedł do pokoju Sama. A w szafie był wielki pies, to był na pewno bernardyn; jego geste, brązowe futro i szerokie barki, można było rozróżnić nawet po ciemku.
Łeb miał spuszczony i wlepiał w niego zapadnięte ślepia, błyszczące wrogością. Tato zaczął cofać się w kierunku drzwi. Pies ruszył wolno za nim. Stąpał na sztywnych łapach a właściwie nie stąpał ale skradał się, wyraźnie nie gotów jeszcze do ataku. Łeb nadal trzymał nisko i szedł krok w krok za nim w odczuciu taty najgorszy moment nastąpił wtedy kiedy przekroczył próg i wyszedł tyłem na ciemne podwórze. Przestał widzieć psa. Ojciec wyciągnął za siebie ręce, namacał drzwi samochodu, odwrócił się szybko na piecie i dla nura do kabiny. Spojrzał w boczne lusterko i ujrzał w nim psa, stojącego nieruchomo w otwartych drzwiach domu.
- Pies- bąknął
Łzy płynęły mu po policzkach.Usłyszał chrapliwy jęk. Dwadzieścia minut później usłyszał warczenie. Bydle wskoczyło na maskę i patrzył się czerwonymi oczami. Nie był w stanie się poruszyć, ani oddychać. Słyszałam ze strach może sparaliżować ale nie przypuszczałam że tak całkowicie. Pies zeskoczył z maski na żwir, dzieliło go niepełne trzydzieści centymetrów. Ani na moment nie przestał warczeć, a z pyska kapała piana. Tatuś nie był w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Widział przy szybie jego wielkie mocne zęby i zaczął głośno szczekać jak oszalały, do taty dotarło że po zatrzymaniu samochodu nie zasunął szyby, zaciągnął hamulec a z kieszeni wyjął klucze i włożył do stacyjki. Szybkim ruchem zasunął szybę, gdy była już w trzech czwartych zasunięta, pies skoczył do okna, wciskając pysk w zwężającą się szparę. Coś ciepłego ściekało z reki taty, z przerażeniem stwierdził że to zmieszana z krwią ślina kapiąca z psiego pyska. Mobilizując wszystkie siły zdołał przekręcić korbkę o dalsze ćwierć obrotu pies nagle się wycofał. Bestia niczym wielki futrzasty pocisk runął na maskę i z wściekłym ujadaniem natarł na przednia szybę. Wścieklizna.  Pomyślał tatuś. Minęło pół godziny a pies siedział przed samochodem i obserwował go. Wstał i zniknął w  domu, zupełnie jakby go zawołano. Stałam przy drzwiach i nasłuchiwałam, przeszedł kolo naszych drzwi i wyszedł z powrotem na podwórze. Z przerażająca szybkością i zwinnością pies zmienił nagle kierunek i runął na samochód. Wyrżnął w samochód z głośnym, głuchym łomotem i odbił się, w drzwiach powstało duże wybrzuszenie, powtórzył to cztery razy. Drzwi wisiały na starych zardzewiałych zawiasach. Pies znów skoczył i z hukiem wypadły z zawiasów i spadły na żwirowy podjazd. Ich oczy spotkały się na chwile, potem pies zaatakował. Szczeka zatrzasnęła się na reku tatusia i usłyszał chrupniecie, pewno pies złamał kość. Tata krzyczał z bólu. Chciał coś zrobić ale stwór znów zaatakował.  Pies ścisnął i wyciągnął ciało taty z samochodu. Po krutkiej szarpaninie pies dostał sie do szyji taty. nie udało sie uratować, mama zadzwoniła po policje żeby powiedzieć co sie stało. Po paru minutach zjawił sie radiowuz i jeden z policjantow zastrzelił to bydle. Padło chyba dziesięć strzałów. Pies zagryzł dużo osób w tym mojego tatusia. Ta historia była pierwsza!

środa, 15 lipca 2015

15.07.2015

A o to dzisiaj nie dokończona praca. Będzie o wiele większa i bardziej rozbudowana:-)  może macie jakieś pomysły... Jak tak to piszcie... A jutro coś nowego, postanowiłam napisać to co siedzi mi w głowie i wkońcu przelałam to na papier :) wiec Zapraszam :)
 

poniedziałek, 13 lipca 2015

13.07.2015:)

Witam. Coraz wiecej osob do mnie zaglada i oglada moje prace:)
A teraz cos nowego poduszka z koralikow :)